Powrót przez Burzyn, Brzankę, Jodłówkę i Rzepiennik. W lesie piękna jesień. Po dwutygodniowej przerwie od rowerka jeździło się wyśmienicie, tempo rekreacyjne - podziwianie jesieni.
Prognozy na weekend były bardzo dobre więc zaplanowałem sobie na niedziele wypad w górki. A konkretnie w Beskid Niski. Tym razem jednak trasa nie szczytami a dolinkami, wśród górskich rzek i potoków, szlakiem wymarłych połemkowskich wiosek. To miejsce ma swój niepowtarzalny urok. Można tutaj zobaczyć całe mnóstwo przydrożnych krzyży i kapliczek. Nieraz w szczerym polu mamy cały rząd krzyży. Przypomina to na myśl smutną historie tych miejsc. Jednak teraz jest to prawdziwa ostoja spokoju, nie ma mostów na rzekach więc docierają tu tylko nieliczne terenowe samochody. Spotkałem dużo więcej rowerzystów niż innych turystów czy ludzi. Po prostu taki mały rowerowy raj.
Aby nie tracić czasu na dojazd podjechałem samochodem do Ropicy Górnej. Stąd najpierw rozgrzewka asfaltem przez Bodaki do Bartnego. Gdzie miałem do odnalezienia jeden kesz co zmusiło mnie do pokonywania dużej ilości pastuchów ;)
Kolejny cel to bacówka w Bartnem, gdzie krótki odpoczynek, kilka fotek i w drogę. Spotkałem nawet znajomych z moich stron też na rowerach. Był też zestaw do treningu w razie ataku śmierci w białym prześcieradle ;)
Z bacówki czerwonym szlakiem do Wołowca, piękny zjaździk dość trudny technicznie, amorek dostał w tyłek porządnie. W Wołowcu przesiadam się na żółty szlak aż do Radocyny. Piękny szlak wijący się wokół potoków i rzeczek, już nawet nie zliczyłem ile razy musiałem przejeżdżać przez wodę. Cudo!
W Radocynie kilka bocznych dróżek odwiedziłem z powodu keszy. Bardzo urokliwe miejsce. Piękne cmentarze wojenne, miejsce gdzie w sezonie wypala się węgiel drzewny, urokliwe kapliczki i krzyże, często niestety zdewastowane.
Po tej wyciecze doszedłem do wniosku że muszę częściej odwiedzać te strony, tym bardziej że Beskid Niski zaczyna się tylko trochę ponad 30km odemnie :D