Myślałem nad tą trasą już w ubiegłym roku, nie czułem się jednak na siłach. A w tamtym tygodniu dobrze mi się jeździło więc stwierdziłem że nie będę czekać i tym razem do końca sezonu, tylko w droge. Najwyżej będę mieć dużo prowadzenia, na szczęście tak nie było.
Pobudka 5:30, śniadanko i w droge. Z rana w nogi troche zimno, bluza szybko ściagnieta. Pierwsze kilometry do Grybowa dobrze znane, jedzie się szybko. Potem podjazd pod Ptaszkową, zaczyna dogrzewać. Zjazd z Ptaszkowej w kierunku Nowego Sącz Jamnicy to już nowy teren dla mnie. Bardzo fajny zjaździk, w NS troche się poplątałem bo zielony szlak rowerowy kiepsko oznaczony. Wyjeżdżam w Nawojowej i przecinam przez górke do ronda w z którego odbijam na Stary Sącz. Widać już mój dzisiejszy cel – Przechybę. Radziejowa to w tym momencie jeszcze tylko marzenia ;)
Na rynku w Starym Sączu krótki odpoczynek, obserwacja ludzi, widac kilka samochodów z rowerami, coś się dzieje. Dziadek koło mnie też się nawadnia, krupnikiem prosto z butelki ;)
Pojedzony i „wypity” jade dalej. W golkowicach w delikatesach robie zapasy na dalsza część trasy. Półtoralitrowa piwniczanka to podstawa bo dogrzewa masakrycznie. Skręcam w droge prowadzacą na Przechybę, no teraz to już tylko pod góre :D Pierwsze kilometry spokojnie przyjemnie się jedzie, jacyś turyści z samochodu pytają czy dobrze jadą, zamieniamy kilka słów, doganiam ich potem na parkingu przed zakazem dalszej jazdy. Jest już tutaj 540m n.p.m. to tylko co wyższe pagórki w mojej okolicy. Do celu już tyko 6,5km, z tym że to chyba najdłuższe 6,5 km w moim życiu :D
Poczatkowo jednak nie jest tak źle, dopiero za doliną Jaworzynki, po minięciu jakiś ruder zaczyna się zabawa. Droga dość gwałtownie zaczyna zwiększać nachylenie, słońce chce mnie wymeczyć psychicznie dogrzewa ile tylko się da. Co jakiś czas robie sobie postój na podziwianie widoków i uzupełnianie płynów w organizmie.
Kawałek dalej i dojeżdżam do schroniska, a tam… nagroda za wszystkie trudy – tatry jak na dłoni. Stoje tak dłuższą chwile i się napatrzeć nie mogę. Po ogledzinach terenu zajmuje miejsce na tarasie z widoczkiem na tatry.
Po jedzeniu półgodzinna drzemka z podziwianiem widoków. Po przegladnieciu mapy decyduję się sprubować ruszyć na Radziejową. Jak się uda to zjade potem niebieskim rowerowym jeszcze przed rogaczem, a jak nie to powrót przez przechybę. Czerwony szlak bardzo piękny, co chwila widoki na tatry. Miejscami nie daje rade jechać bo za dużo śniegu lub za stromo. W nogach już prawie setka od rana i nie ma tego powera.
W pewnym momencie słysze jakies głosy, za zakrętem wyłania się grupka turystów i wieża widokowa, a ja myślałem że podjeżdżam dopiero pod Złomisty Wierch (1224m n.p.m.) nawet nie wiem kiedy go minołem i Małą Radziejową – tak wciaga taka jazda. Na wieży grupka ludzi, robie im zdjęcia, oni mi :P Bo ja oczywiście wziołem sobie ministatyw tylko że… zapomniałem końcówki wkręcanej do aparatu haha ;P
Radość nieopisana, pierwszy raz rowerem powyżej 1000m n.p.m. i to w takim miejscu, nic dziwnego że mi banan z twarzy nie schodzi, chodź mięsnie mają inne zdanie ;)
Zjeżdzam z Radziejowe w strone przełeczy miedzy rogaczem. Haa zjeżdzam to za dużo powiedziane, tak jest tak stromo i tak sypkie kamienie że raczej zjeżdżam z kamieniami z rowerem w ręku :D Odbijam następnie na szlak niebieski rowerowy az do Rytra. Bardzo fajna szutrówka, nachylenia jednak dają o sobie znac, dużo musze hamować az w pewnym momencie blokuj mi całkiem koło. Patrze a tam hamulce tak nagrzane ze aż pod wpływem rozszerzania materiału zapiekły się. To pewnie przez nowe klocki wsadzone tydzien temu. Musze odstapić im troche swojej piwniczanki :P Gdy udaje mi się zjechać do doliny potoku schładzam hamulce w strumyku. Teren się troche wypłaszcza i już nie ma problemów zjeżdzam spokojnie do Rytra.
Tam kawka w restauracji, do pociągu mam z 2 godzinki to się platam, jade zobaczyć czy na pewno jedzie ten pociąg. Gdy jestem na stacji pani zapowiada pociag w moim kierunku, hmm podjeżdza to wsiada. Musiałem przegapić jakis wczesniejszy na rozkładzie w domu. Powrót mija szybko i przyjemnie w klimatyzowanym pociagu. Oby wiecej takich wycieczek.
Miałem plan na niedziele wjechać na Jaworze, niestety dzień wcześniej polało dość mocno i stwierdziłem że nie będę się kąpać w błotku. Jednak pojechałem się przyjrzeć bliżej tej górce. Bardzo fajnie mi się jeździło, do Ptaszkowej trochę ciężej. Z powrotem zauważyłem że goni mnie ktoś na kolarce, także zmobilizowało mnie to do mocniejszego przykładania się. Po paru km mnie dojechał ale nie odpuściłem, co zaowocowało pogawędka i wspólną jazdą, chodź jak na mojego górala dość szybką bo ciągle w granicach 30 km/h. Pech chciał że na 3 km przed domem złapała nas burza. Prawie godzinka zmarnowana w sklepie, w sumie koczowało nas tam 4 rowerzystów. Waliło piorunami na około a w rowery nawet gradem ;) Przestało to chciałem szybko do domu czmychnąć ale mnie złapało jakiś kilometr przed... no i dojechałem jednak trochę przemoczony.
Ostatnio coś lubię dłużej pospać, także tylko szybka Nosalowa. Miała być traska treningowa x2, ale na 1 przejeździe dał o sobie znać brak klocków hamulcowych także tylko jeden raz i do domu zmienić klocki. Ale i tak najszybszy przejazd w tym roku.