W sumie do dwie wizyty w Hermesie plus powrót koło basenu. Szprychy kupione, rower naprawiony :D W Holandii funkcjonuje ciekawy system nawigacji po drogach rowerowych. O ile tych w miastach jest na pęczki więc nie są zbytnio oznaczone, to te za miastami są bardzo ciekawie zrobione. Mianowicie numerowane są skrzyżowania ścieżek rowerowych. Tabliczki wskazują zawsze na numer skrzyżowania i czasami dodatkowo nazwy miast, parków itp. Dzieki temu mając mape rowerową możemy nawigować się po numerach skrzyżowań, także do nawigacji wystarczy kawałek papieru z zapisnaymi po kolei numerami skrzyżowań. Jest to spójny system w całej Holandii. Dodatkowo funkcjonują dłuższe trasy rowerowe oznaczane osobnymi tabliczkami, wtedy już nie potrzeba nic jesli jedziemy takim znaczonym szlakiem, nawet i w około państwa. Na zdjęciu taki właśnie zestaw z tutejszego lidla.
Korzystając z wolnej niedzieli wybrałem się w nieznany mi teren coby coś nowego zobaczyć. Miałem kilka szprych pękniętych to kółko nie było za proste, ale jakoś jechało. Niestety czarny scenariusz się spełnił jakieś 10km od domu, na dołku pękła kolejna i tak koło się scentrowało że nie chciało się obracać. Co gorzej jak chciałem prowadzić to się blokowało i na smyka szło. Dało się jechać jak się dobrze pocisnęło na pedały, z tym że strasznie opona obcierała. No ale trudno jakoś trzeba wrócić do domu. Te 10 kilometrów to jakbym się wspinał gdzieś na u nas na Przechybe albo coś, jazda na ciągłym hamulcu. Opona i rama na szczęście przeżyły, a w nogach było czuć trening.
Dziś trasa: Bergen op Zoom > Herle > Wouw > Roosendal > Wouw Plantage > Bergen op Zoom.
Pojechałem odwiedzić pobliskie miasto, jak się okazało nie znalazłem w nim nic ciekawego. Centrum miasta takie nijakie, po prostu brzydkie. Jedynie kilka kamienic zasługiwało na uwagę. A może to ta brzydka pogoda na mnie tak zadziałała, cały tydzień słoneczko i ciepło a na weekend zachmurzyło się i mega zimno z wiatrem. Tak czy inaczej można jechac tam chyba jedynie na zakupy bo dużo różnych sklepów i fajne "osiedle" sklepów zamiast galerii zwane Rosadą. Za to infrastruktura rowerowa jak wszędzie w Holandi ekstra, nieraz osobne całkiem drogi tylko dla rowerów w samym mieście nawet. A kultura kierowców wzorowa, nawet jka masz ustąp pierszeństwa to Cie wpuszczają. Ronda zawsze mają osobny pas dla rowerów. Jedynie czasem w mieście trochę korkują się też drogi rowerowe ;) W Holandii jest jakaś tradycja odnośnie urodzin. Gdy się ktoś urodzi albo obchodzi jakieś okrągłe urodziny to ustraja się ogródki domów. Może jest też jakaś impreza pewnie, ale nic sie nie dowiedziałem na ten temat więcej.
Dziś piękna pogoda, słoneczko i słaby wiatr jak na Holandię. Tutaj wiecznie wieje. Z rana mycie i serwis przywiezionego wczoraj Gianta, popołudniu pierwsze testy. Przejażdżki po mieście, nad jeziorka i do Hoogerheide po bułkę tartą ;) Pierwsze wrażenia bardzo pozytywne, śmiga się na nim bardzo lekko, biegi zmienia się dużo szybciej niż przy zwykłej przerzutce, nie czuć tak przeskoków. No i w końcu duży rower i plecy tak nie bolą jak na tym co ostatnio zawsze pożyczałem. Oby przejechał zemną jak najwięcej kilometrów.
Powrót ze Steenbergen na nowym rowerze, w sensie że nowo kupionym bo swoje lata ma. Kameleon, bo o nim mowa to leciwy holender marki Giant. Ma mi służyć tutaj na wypady gdzie się tylko da i gdzie tylko dojedzie. Prze serwisowałem go i oby służył jak najdłużej. Więcej o nim tutaj.
Jako że na Holandie mówi się, że to ojczyzna rowerów to nie mogło zabraknąć tutaj różnego rodzaju wynalazków. Ciągle widzę masę różnych rowerów. Najwięcej oczywiście jest krajowych Batavusów czy Gazelli. Postanowiłem więc od czasu do czasu wrzucać foty różnych nietypowych rowerów, zrobić taką holenderską kolekcje. Na początek parking rowerowy koło stacji kolejowej w Bergen op Zoom. Parking jest dużo większy niż na zdjęciu, to tylko jego jedna część. Można by tam znaleźć wiele okazów.
W sąsiedniej miejscowości rozgrywały się finałowe zawody pucharu świata Cyclo-Cross. Okazja żeby wsiąść na rower niespotykana. Wolę MTB ale popatrzeć jak się ścigają na przełajach też fajnie. Trochę za wcześnie przyjechałem bo nie zauważyłem że czas rozpoczęcia zawodów podany był GMT a nie GMT +1. Pozwoliło mi to natomiast znaleźć fajną miejscówkę, trudny odcinek trasy, nikt tego nie podjechał nawet, ale w takim błocie to się nie ma co dziwić. Nie wiedziałem że w tej dyscyplinie można wymienić rower po kilku okrążeniach, a jednak można w specjalnych pit stopach jak na wyścigach formuły 1. Takie zawody to tutaj wielkie święto, całe centrum praktycznie wyłączone z ruchu samochodowego, wszędzie pełno ludzi, imprezy, muzyka, no po prostu szaleństwo. Grała nawet na trasie pomarańczowa orkiestra. A ludzie zagrzewali się różnymi trunkami. Ja nie miałem wspomagaczy i pomimo grubego ubioru oglądnąłem zawody tylko pań. Na elitę mężczyzn nie zostałem bo bym na pewno zamarzł. Zawody wygrała Włoszka Eva Lechner.