Na niedziela.nl wypatrzyłem jakiegoś używanego holendra. Kilka maili wymieniłem, cenę utargowałem i pojechałem obejrzeć. Rower nie jest pierwszej nowości ale za takie pieniądze w sam raz. Jako rower do miasta i na krótkie wycieczki idealny, można zostawić byle gdzie i nie ukradną. Poza tym jak byle jakiś parking to od razu setki rowerów, także małe prawdopodobieństwo że ukradną akurat ten ;) Oczywiście wracałem nim na kołach. Trochę mały na mnie, ale jakoś zajechałem. Od morza wiało w plecy, także spoko się miejscami jechało. Do tego pełno wszędzie moich ulubionych czernic. Także ciągle przystanki na żarełko.
Nie miałem żadnych konkretnych planów rowerowych na niedziele. Wstaje rano pogoda miodzio, słoneczko świeci. Leniwie wstaje jem śniadanie, trochę się pokręciłem i jest impuls - jadę na rower. Jest koło godziny 10, ubieram się, zakładam okulary przeciwsłoneczne i wychodzę na pole. WTF ? No gdzie to słońce, pół nieba pod chmurą a drugie pół czyste tyle że akurat nie złapałem się na tą połówkę. No nic jechać trzeba. Okulary zawieszam na krzaku od ulicy bo nie chce mi się otwierać znowu bramki (dziś środa i dalej zapomniałem o nich, ciekawe czy jeszcze tam wiszą). Niespotykana cisza jak na tutejsze warunki, malutka tylko bryza. Jeziorko jak jedna tafla, pierwszy raz tutaj to widzę. Pojeździłem trochę po okolicznych ścieżkach, pochodziłem trochę po lesie i pojadłem czernic. Ogólnie spoko. Wiejsko.
Przejażdżka do kompleksu bunkrów z okresu 1 wojny światowej na granicy Holendersko-belgijksiej w okolicach miejscowości Kapelle. Fajnie zrobiona ścieżka do zwiedzania, niestety tylko pieszo ale oczywiście parkin rowery był. Do niektórych bunkrów można wejść, inne zamknięte zamieszkałe przez nietoperze. Największy fort niestety niedostępny bo wykupiony przez prywatnych właścicieli i ogrodzony drutem kolczastym.
Drugi etap tegorocznego Tour de France kończył się w Zeeland. Zaledwie kilkadziesiąt kilometrów stąd. Nie mogłem więc przegapić takiej okazji i musiałem jechać zobaczyć najlepszych kolarzy świata. Pojechałem niestety autem, piszę niestety bo autem nie dało się dojechać w okolice mety, a powrót to jedno wielkie stanie w korku. No ale cóż, miałem pasażera co tylko autem chciał jechać.
Jakąś godzinę przed wyścigiem przejeżdżała parada. Różnego rodzaju pojazdy wynalazki sponsorów. Rozrzucali z samochodów rożnego rodzaju gadżety reklamowa. Wpadła mi w ręce nawet czapeczka kolarska Festiny, zawsze to jakaś pamiątka.
Byliśmy trochę wcześniej a już było pełno ludzi. Niedaleko rozstawiona była strefa kibica - namiot w którym wyświetlali na żywo relację z wyścigu. Początkowo nie mieliśmy zamiaru tam iść, ale przyszłą taka ulewa że normalnie ściana deszczu. Także przełknęliśmy jakoś te 10 eurasów za wstęp i poszliśmy się suszyć pod namiot. Chociaż tyle że w cenie był dwa drinki czy tam browarki ;) Dobrze też bo wiedzieliśmy co się dzieje na etapie. Były też koncerty i licytacja charytatywna. Koszulka utrechtu z autografami poszła za 1500 euro...
Sam przejazd kolarzy to kilkadziesiąt sekund, płasko i przed metą to zapierdzielali nieźle. Etap wygrał Greipel z Looto- Soudal przed Saganem i Cancellarą. Cała obsługa, pełno wozów teamowych, kilka helikopterów - wielki rozmach ma ten tour. Po przejeździe powrót dwa razy dłuższy niż przyjazd, stoimy w korku a ludzie na rowerkach mijają nas na ścieżce rowerowej.... Następnym razem jadę rowerem ;)
Pojechałem zobaczyć kolejną zatokę czy to kanał. Tutaj jest dużo różnych terenów z wodą i trudno powiedzieć co jest co, kiedyś to duża część dróg po których jeżdżę była pod wodą. Na jednym ze zdjęć widać właśnie nawet w tle zaporę, których jest tu mnóstwo wraz z różnego rodzaju wałami i kanałami.
O jak dobrze wrócić w ulubione tereny, szkoda że na tak krótko. Dzień wcześniej byliśmy z żoną na spacerze na Brzanke, przy okazji oglądnęliśmy finisz biegu na Brzankę. Dziś wstałem wcześniej i zrobiłem moją ulubioną trasę, od razu mi lepiej :) Nawet zdjęć nie robiłem tylko cieszyłem sie jazdą. Myślałem że forma będzie gorsza ale jest nie najgorzej. Tylko na zjazdach ostrożnie bo dawno nie jeździłem po górkach.